Geneza kontuzji

Swoją kontuzję odniosłem będąc w dobrej formie fizycznej, regularnie uprawiając sport i nigdy nie mając żadnych problemów z kolanami. Kontuzja ta była wynikiem utraty równowagi i złego ułożenia ciała podczas upadku. Stało się to podczas cotygodniowej gry w koszykówkę - sportu stanowiącego dla mnie jedynie uzupełnienie dla podstawowego sportu jakim zawsze był tenis. Zderzając się w powietrzu z kolegą, podczas lądowania na prawą nogę, wywinąłem ciało w taki sposób, że noga wygięła się w kolanie do środka. Poczułem przemieszczające się względem siebie kości - piszczelową oraz udową, a następnie upadłem i poczułem przeszywający ból w kolanie. Pierwszy odruch - krzyk bólu, uderzenie pięścią o podłogę i przekleństwo.Po chwili ból przeszedł, a ja przy asyście kolegów dokuśtykałem do ławeczki i usiadłem. Próbowałem nawet sprawdzać kolano ponownie na nim stając. Czułem, że coś jest nie tak. Miałem jednak szczerą nadzieję, że dolegliwości są jedynie wynikiem owego rozciągnięcia więzadeł trzymających dwie kości i że wszystko wróciło na swoje miejsce. W szpitalu zrobiono mi prześwietlenie i okazało się, że w miarę wszystko jest ok, a ja mam po prostu skręcone kolano. Noga oczywiście w gips i skierowanie do ortopedy.
Z racji, iż w tamtym okresie byłem wysportowanym studentem, nie bardzo chcącym wydawać pieniądze na leczenie jak emeryt, postanowiłem załatwić sobie lekarza za darmo. Pierwszy do jakiego poszedłem na wizytę  tydzień po kontuzji z nadzieją na zdjęcie gipsu powiedział mi tylko, że gips musi być jeszcze przez tydzień, a noga jak to noga - do wesela się zagoi.
W międzyczasie klub tenisowy załatwił mi lekarza lepszego, sportowego i na dodatek znanego. Na pierwszej wizycie nowy lekarz pierwsze co zrobił to wyjął moją nogę z gipsu. Opuchlizna była olbrzymia, a krwiak pokrywał większą część kolana. Lekarz zrobił mi punkcję i umówił kolejną wizytę. Tak przeżyłem następne 2 tygodnie,  w ciągu których nastąpiła wyraźna poprawa - choć nadal nie mogłem zgiąć nogi bardziej niż 75 stopni. Testy szuflady nie wskazywały na zerwanie więzadła. Lekarz zadecydował więc o rezonansie magnetycznym. Jakaż była moja frustracja gdy się dowiedziałem, ile to kosztuje prywatnie oraz ile trzeba czekać na kasę chorych. Przemogłem się, załatwiłem finansowanie od mamy i umówiłem termin w słynnym szpitalu wojskowym. Wielka była moja radość gdy na miejscy dowiedziałem się, że akurat pacjent przede mną zrezygnował, a że miał termin na kasę chorych, trafiło mi się szczęśliwie, iż jego termin przejmuję - ale zaoszczędziłem. Wynik rezonansu był co najmniej dwuznaczny:
"Więzadło krzyżowe przednie na wysokości kłykcia kości udowej jest nieco niehomogenne, poszerzone, ale trudne też do prześledzenie ze względu na zbiorniki płynowe w jego otoczeniu. Również nieco niehomogenne więzadło poboczne boczne. Łąkotki zwykłego rozmiaru i kształtu."
Mój lekarz, niczym "człowiek cmok" cmokał później nad moją niezginającą się nogą i opisem z badania. Wydawać się mogło, że jest bezradny w postawieniu diagnozy, a ja nie byłem zbyt skory do wytwarzania ciśnienia na artroskopię. Moja przygoda z tym lekarzem skończyła się niestety na tym cmokaniu.
Później jeden ze znajomych widząc, że nie mogę nadal zginać nogi zaproponował mi wizytę u tajemniczego masażysty - francuskiego uzdrowiciela specjalizującego się w bezoperacyjnym usuwaniu skutków niektórych urazów. Człowiek popatrzył chwilę dotykając kolano, następnie luźno pomachał moją noga w różne strony i nagle zrobił magiczny pstryk - i zgiął kolano. Cały zabieg zajął mu dosłownie 3 minuty. Co ciekawe od tego czasu nie byłem już u żadnego lekarza - noga zaczęła się zginać i coraz szybciej wracała do formy. Do pełnej aktywności sportowej wróciłem po okresie około roku. Uprawiałem wszystkie dyscypliny - tenis, koszykówka, piłka nożna, kitesurfing. Jedyne co dolegało mojej nodze to charakterystyczne strzyknięcie przy każdym prostowaniu kolana z maksymalnego zgięcia na leżąco. Co dziwne, gdy robiłem przysiady strzyknięcia nie było. Dodatkowo, oczywiście kontuzjowana noga była słabsza, a moja szybkość i zwinność przede wszystkim podczas gry w piłkę nożną zostały ograniczone.
W międzyczasie skończyłem studia i poszedłem do pracy biurowej, która ograniczyła moją aktywność fizyczną do minimum. Zacząłem pomału stawać się typowym homo komputerusem. Po dwóch i pół roku, podczas niedzielnej gry w koszykówkę poczułem nagle jakby oderwanie się jednej kości od drugiej podczas wykonywania najbardziej banalnego, małego skoku do góry. Nic nie bolało, nauczony jednak doświadczeniem zszedłem z boiska. Dolegliwości były znikome i były odczuwalne przez okres około tygodnia. Pomyślałem, że coś jest nie tak. Zdecydowałem o rozpoczęciu aktywnego ćwiczenia kolana oraz do zakupu tzw. Animal Flex - niby najlepszego na rynku preparatu na kolana.
Minęło kolejne pół roku. Kolano wydawało się być dobrze wzmocnione i zabezpieczone. Nadeszła niedziela i  otwierający sezon mecz w piłkę nożną z juniorami z klubu tenisowego. Szybka rozgrzewka polegająca na oddaniu kilku strzałów i przebiegnięciu się i start. Grało mi się dobrze. Strzeliłem nawet ładną bramkę z woleja. Niestety młodzi odpierając ataki starszych kolegów, od czasu do czasu wyprowadzali szybkie kontry. Podczas jednej z takich akcji, szybko biegnąc po w miarę równej murawie, ponownie poczułem przeskok kości w kolanie. Upadłem, pobolało i przeszło. Nie było dużego wysięku, nie było bólu. Było jakby uczucie nadwichnięcia. Tym razem miałem już dobre ubezpieczenie i w związku z tym, mogłem wybrać sobie dowolnego lekarza. Poszedłem do dobrej kliniki prywatnej, gdzie lekarz zrobił mi test szuflady i stwierdził na 99% zerwanie więzadła przedniego (ACL). Szybki rezonans - w innej placówce niż 3 lata temu i wynik jednoznaczny:
"Stan po zerwaniu więzadła krzyżowego przedniego. Rozległe pionowe uszkodzenie łąkotki przyśrodkowej przebiegające podłużnie przez trzon i łuk tylny. Uszkodzenie udowego przyczepu więzadła pobocznego przyśrodkowego." Był to wyrok, godny poużalania się nad sobą przez parę minut. Co za żal - jednak się więzadło nie zrosło. Wizyta u lekarza i ostateczne potwierdzenie - musi być rekonstrukcja. Jednocześnie pan doktor pozwolił sobie nie zgodzić się z diagnozą mojego poprzedniego lekarza. Wg niego więzadło uszkodzone - nawet w niewielkim stopniu, nigdy się nie zregeneruje i najprawdopodobniej doprowadzi do ponownego urazu podczas którego może dojść do uszkodzenia innych elementów kolana. Taki też jest mój przypadek. Nie dość, że nie mam już więzadła to jeszcze mam rozległe pęknięcie łąkotki, które bez szycia nie zrośnie się na pewno, a i nie wiadomo czy zszyć się je da. Lekarz zaproponował więc rekonstrukcję ACL z jednoczesnym zszyciem łąkotki. Cena - około 5 tys. zł plus śruby biowchłanialne.
Poszedłem więc szukać możłiwości zoperowania się na kasę chorych. Poprzez znajomego lekarza znalazłem chirurga który niedość, że stara się operować na kasę chorych, to jeszcze kształcił się w USA i operuje nowoczesnymi technikami zachodnimi. Poszedłem więc płacąc za wizytę 130 zł - jednak otrzymałem od razu termin pierwszej artroskopii polegającej na zszyciu uszkodzonej łąkotki. Pierwszy termin był po miesiącu, ja jednak wybrałem termin po trzech miesiącach, ponieważ chciałem skorzystać jeszcze z lata. Rekonstrukcja miała być dopiero w nowym roku, jednak jak się okazało po zszyciu łąkotki, NFZ dał doktorowi jeszcze parę dodatkowych refundacji do wykonania do końca bieżącego roku.
Tak wygląda moja historia dochodzenia do stanu nadającego się do przeprowadzenia artroskopii kolana. Dziś już wiem, że ostatnie trzy lata były stratą czasu. Jeżeli masz naderwane więzadło krzyżowe, a chcesz nadal uprawiać czynnie sport, powinieneś je czym prędzej zrekonstruować. Spowodowane jest to faktem, iż naderwanie nigdy się nie zregeneruje, a więzadło nie będzie spełniało swoich funkcji, doprowadzając w pewnym momencie do ponownej kontuzji, która może spowodować urazy innych elementów kolana.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz